Epilogue

(UWAGA! Ważna notka pod rozdziałem. Bardzo proszę o przeczytanie)

Justin


                - Okej, chłopaki. Było nieźle! możecie iść się przebrać - starałem się przekrzyczeć dźwięk odbijanych piłek do koszykówki. Dzieciaki pobiegły do szatni. Podniosłem kilka piłek i rzuciłem w stronę kosza. Zrobiłem kilka wsadów, ale po chwili już mrużyłem oczy przed oślepiającym sierpniowym słońcem.
                Szkoła, w której pracowałem mieściła się w dolnym Manhattanie. Nie była tak luksusowa jak ta, do której chodziła Brooklyn, ale i tak lepsza niż szkoła, do której ja uczęszczałem. Trenowałem grupę dwunastolatków każdego popołudnia, od poniedziałku do piątku, a wypłata nie była taka zła. Nawet pozwalali mi korzystać z biura obok szatni, gdzie zostawiałem swoje rzeczy. Wi-Fi było wyłączone na lato, co było trochę do bani, ale przynajmniej mogłem wziąć prysznic codziennie po treningu. Byłem za to wdzięczny po pierwszy, treningu, na którym musiałem biegać przez dwie godziny wykrzykując polecenia dzieciakom z wytrzymałością olimpijskich biegaczy, przy ponad trzydziestu stopniach na plusie, bo zajęcia prowadziliśmy na podwórku, gdyż sala została zamknięta z powodu remontu.
                Kiedy wszystkie dzieci wyszły, wziąłem prysznic i ubrałem się, potrząsając głową, by włosy szybciej mi wyschły. Na zewnątrz, na parkingu czekał na mnie mój nowy samochód. Nie do końca można było nazwać go nowym, bo prawdopodobnie był starszy ode mnie, ale kupiłem go za swoją pierwszą pensję i byłem trochę z tego dumny. Miałem zamiar go pomalować, ale wyblakła farba wciąż była niebieska, w okropnym odcieniu, ze staromodnym brązowym paskiem na boku. Był niczym w porównaniu z moim pomarańczowo-czarnym Mustangiem, ale kupiłem go za czyste pieniądze, te, na które zasłużyłem. Wsiadłem do niego i ruszyłem w drogę do Jacobi Medical Center na Bronxie. Miałem wizytę kontrolną u doktora Holloway'a, by sprawdzić stan mojego zdrowia. Biorąc pod uwagę fakt, że przez trzy ostatnie miesiące nie było żadnych problemów i brałem swoje lekarstwa, przypuszczałem, że ta wizyta będzie ostatnia. Jakoś dziwnie polubiłem tego lekarza, mimo, że był emocjonalny i niemiły.
                Najtrudniejsze było rzucenie palenia, ale po kilku tygodniach ochota na papierosa była łatwiejsza do ignorowania, a teraz ledwo zauważałem jakiekolwiek objawy odstawienia. Dopóki ktoś nie dmuchnął dymem papierosowym prosto w moją twarz, czego unikali, jeśli wiedzieli, co dla nich dobre. Zamiast nikotyny zabrałem się za jedzenie zatrważającej ilości słodyczy: Twizzlers, Sour Patch Kids, Jelly Beans, Skittles, M&M'sy... W zasadzie wszystko co zawierało sporą dawkę cukru. Starałam się nadrobić to, biegając codziennie rano.
                Tak się składa, ze Sameera urodziła dzień wcześniej, więc mógłbym upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, idąc dziś do szpitala. Włączyłem badziewne radio samochodowe, które wymagało wymiany i odsunąłem szybę, ponieważ nie miałem klimatyzacji. Wątpiłem, że to pomoże biorąc pod uwagę, jak gorąco było na zewnątrz. Mój telefon powiadomił mnie o przychodzącej wiadomości, kiedy zatrzymałem się na czerwonym świetle, więc szybko ją odczytałem.
               
                Jestem już na miejscu. Dziecko jest przesłodkie. Poczekaj, aż usłyszysz jak go nazwali. xx
               
                Na mojej twarzy natychmiast pojawił się głupkowaty uśmiech. Nie widziałem Brooklyn od trzech tygodni, bo jej rodzina pojechała na wakacje do Hamptons. Chciałem ją tam odwiedzić, ale nie byłem pewien, czy jej ojciec byłby z tego zadowolony. Poza tym, nie mogłem sobie pozwolić na benzynę, bo właśnie kupiłem samochód. Nie mogłem się doczekać, by ujrzeć wyraz twarzy Brooklyn, gdy go zobaczy. Ale myślę, że oboje potrzebowaliśmy trochę czasu spędzonego z rodziną. Nie tylko ja miałem pożegnać się z Brooklyn po lecie i wiedziałem, że jej mama szczególnie przeżywa fakt, że Brook wyprowadza się do Kalifornii.
                Ja z kolei cały czas byłem w Nowym Jorku. Z wyjątkiem długiego weekendu, kiedy mama, Jazmyn, Jaxon i ja polecieliśmy do Stratford, aby odwiedzić dziadków. Chciałbym powiedzieć, że tęskniłem za tym miejscem.
                Po najdłuższych trzydziestu minutach mojego życia, zaparkowałem w końcu samochód i pobiegłem do szpitala. Pani w recepcji ze znudzeniem wskazała mi drogę na porodówkę, żując głośno gumę.
                Nie dało się pomylić sali. Był głośny i pełen ludzi, między innymi rozpoznałem rodziców Mike'a. Jego mama wyglądała tak, jakby z trudem powstrzymywała łzy, ale przynajmniej wyglądały jak łzy radości. Jego tata poklepał mnie po plecach. Panował chaos. Na miejscu Sam krzyknąłbym, aż wszyscy by sobie poszli.
                Moje oczy natychmiast dostrzegły jedyną blond czuprynę w pomieszczeniu i znów uśmiechałem się jak palant. Jej włosy wyglądały na jaśniejsze - od słońca - i miała na sobie sukienkę w stokrotki i sandały. Stanąłem za nią i zakryłem jej oczy dłońmi.
                - Zgadnij, kto to?
                Zamiast zgadywać, Brooklyn pisnęła i odwróciła się, odsuwając moje dłonie od swoich oczu. Cieszyłem się, że nie tylko ja uśmiechałem się, jak głupek.
                - Cześć! Tęskniłam za tobą!
                - Masz piegi - trąciłem palcem czubek jej nosa.
                Brooklyn zakryła nos i policzki.
                - Zdarza się, gdy się opalam.
                - Podobają mi się - powiedziałem, odsuwając jej dłonie i pochylając się, by ją pocałować.
                - Fuj, zapomniałam jak obrzydliwie słodcy jesteście razem.
                Nawet nie zauważyłem, że była tam Alejandra, co oznaczało, że ona i Brooklyn rozmawiały, zanim przyjechałem. Nigdy nie przyzwyczaję się do nich nie skaczących sobie do gardeł. Wydawało się, ze teraz są w stanie siebie znieść i to było dziwne.
                - Chodź zobaczyć dziecko - powiedziała Brooklyn, idąc w kierunku Mike'a, który trzymał swojego syna i robił do niego śmieszne miny. Nigdy nie myślałem, że dożyję dnia, w którym Mike będzie próbował rozbawić niemowlę. Myślałem, że bał się dzieci.
                - Jak go nazwali? - Zapytałem, zaintrygowany wcześniejszym esemesem.
                Sam, która leżała na poduszkach, aby utrzymać pozycję siedzącą, posłała mi leniwy uśmiech. Wyglądała na zmęczoną i nieco bladą. Miała ciemne kręgi pod oczami i widać było, ze ruch sprawiał jej ból. Pomyślałem, ze przydałby się jej odpoczynek.
                - Drew - powiedziały Brooke i Sam w tym samym czasie, obie miały na twarzach złośliwe uśmiechy.
                Otworzyłem usta z niedowierzaniem. Nie spodziewałem się tego.
                - Nie mówicie poważnie - spojrzałem na Mike'a, szukając jakiegokolwiek  znaku, że to był żart i, że oni tylko drwią z mojego drugiego imienia. Mike wzruszył ramionami, ostrożnie kołysząc dziecko. Starał się nie roześmiać.
                - Myślałam, że to cię ucieszy - powiedziała Sam. - Brooklyn zasugerowała to imię, a mnie i Mike'owi się spodobało.
                Moje oskarżycielskie spojrzenie przeniosło się na moją dziewczynę.
                - Już wyjaśniam - uniosła dłonie, zanim mogłem powiedzieć cokolwiek. - Czytałam tego lata książkę, swoją drogą bardzo dobrą, gdzie jeden z bohaterów nazywał się Drew i była tam dziewczyna, która miała obsesję na punkcie znaczeń imion i ona powiedziała, że Drew oznacza "męski" i "mężny" - Brooke uśmiechnęła się niewinnie, składając dłonie w geście modlitwy. - Więc możesz przestać już być tym zażenowany.
                Rozważałem to przez chwilę. Prawdę mówiąc, nigdy nie pofatygowałem się, by sprawdzić znaczenie mojego drugiego imienia. Po prostu pomyślałem o Drew Barrymore i od razu mi się nie spodobało.
                - Stary, dziecko będzie patrzeć na ciebie z podziwem, jak na wujka, czy coś - Mike klepnął mnie po plecach. Bałem się, że upuści dziecko, jeśli będzie trzymał je jedną ręką, ale dostrzegłem, ze mały Drew nie był już w jego ramionach. Teraz trzymała go Brooke.
                Ten obraz uderzył mnie bardziej, niż kiedykolwiek mógłbym przygotować siebie na to. Dziecko było maleńkie, miało brązową skórę, owinięte było w niebieski kocyk, a jego maleńkie oczka były zamknięte. Drew miał najmniejszą pięść jaką kiedykolwiek widziałem, kurczowo zaciskając paluszki na małym palcu Brooklyn. Patrzyła na niego z taką czułością, że byłem gotowy na to, że w każdej chwili w kącikach jej oczu zgromadzą się łzy.
                - Czyż nie jest uroczy? - Spojrzała na mnie, a włosy opadły jej na twarz. Ostrożnie schowałem je za jej ucho, a ona uśmiechnęła się szerzej, jeśli to w ogóle było możliwe.
                - Jeśli jego imię mówi cokolwiek, to będzie uroczy przez całe życie - powiedziałem żartobliwie. Brooklyn przewróciła oczami, kołysząc dziecko delikatnie.
                - Chcesz go potrzymać, Justin? - Zapytała Sam.
                Zaskoczyła mnie.
                - Ja... - Co jeśli Drew zacznie płakać? Albo, co gorsza, upuszczę go? Kiedy ostatnio trzymałem dziecko w ramionach? Kiedy urodził się Jaxon? - Nie wiem.
                Nagle dziecko było w moich ramionach, nie płakało i było lekkie i delikatne. Drew otworzył oczy. Miały one ten niezidentyfikowany kolor, który ma każde niemowlę, jakby brązowe, niebieskie i szare w jednym.
                Brooklyn położyła dłoń na moich plecach, opierając głowę na moim ramieniu.
                - Będziesz musiał poćwiczyć. Chcę mieć mnóstwo dzieci w przyszłości.
               
               
Brooklyn

                - Więc, to to?
                Staliśmy na szpitalnym parkingu, patrząc na najbrzydszy i prawdopodobnie najstarszy pickup, jaki kiedykolwiek widziałam. Co gorsza, Justin właśnie mi powiedział, że ma fantastyczny samochód i nie może się doczekać, by mi go pokazać.
                - Trzeba go pomalować i wstawić nowe radio, ale silnik jest jak nowy - chodził wokół samochodu, jakby chciał zareklamować mi jego najlepsze cechy. - A najlepsze jest to, że jest mój. Zakupiłem go za swoją uczciwie zarobioną wypłatę, co do grosza.
                Jak miałam mu powiedzieć, że wyglądał, jakby miał rozpaść się w połowie drogi, kiedy widziałam na jego twarzy radość i dumę?
                - Jest super - powiedziałam, starając się uśmiechnąć zachęcająco. - To znaczy, założę, się, że będzie wyglądał jak z dwudziestego pierwszego wieku, po pomalowaniu.
                Justin prychnął z udawanym oburzeniem.
                - Jeśli będziesz obrażać moje kochanie, to nie pozwolę ci do niego wsiąść.
                - O nie, nie będziesz nadawał pieszczotliwych nazw temu samochodowi.
                - Zazdrosna?
                Zignorowałam go.
                - Gdybym wiedziała, to wzięłabym swój samochód.
                Po chwili moje słowa dotarły do Justina.
                - O mój Boże - powiedział kpiącym głosem. - Przyjechałaś autobusem?
                Pobiegłam za nim, by go trzepnąć w głowę i przez chwilę biegaliśmy wokół samochodu, więc nigdy bym go nie dogoniła.
                - Metrem, tak właściwie.
                - Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem - przyznał z ręką na piersi.
                - Zamknij się - mruknęłam, próbując się nie śmiać. - I otwórz to coś. Topię się tutaj.
                Kabina miała kanapę, co miało swoje zalety, tak sądzę. Nie było konsoli centralnej, co oznaczało brak fizycznej przeszkody między nami. I było czysto i wygodnie, nawet jeśli nie było klimatyzacji.
                - Więc gdzie mnie zabierasz? - Zapytałam, jak Justin wyjeżdżał z parkingu.
                - Myślę, że właśnie wpadłem na najlepszy pomysł.

**

                - Coney Island - powiedziałem, kiedy Justin zatrzymał samochód. - Oczywiście - kąciki moich ust wygięły się ku górze.
                - Cóż, przypominam ci, że jesteś mi winna randkę, kiedy Lunapark będzie otwarty - puścił mi oczko i wysiadł.
                Musiałam zeskoczyć, żeby dostać ziemi, co było absolutnie żenujące. Przynajmniej byłam w jednym kawałku, pomyślałam sobie.
                Justin obszedł samochód, zakładając parę okularów przeciwsłonecznych Wayfarer'a. Miał na sobie wytarte dżinsowe spodenki-bojówki i koszulkę z napisem "Hello Brooklyn", którą dałam mu na urodziny. Założę się, że ubrał ją specjalnie.
                - Więc najpierw jedzenie, czy przejażdżka? - Zapytał, obejmując mnie ramieniem.
                - Jedzenie. Umieram z głodu.
                Dopiero wróciliśmy z Hamptons kilka godzin wcześniej i ledwo miałam czas, by się przebrać i umyć włosy, zanim wyruszyłam do szpitala, aby sobaczyć Sam i jej synka.
                Justin i ja szliśmy zatłoczoną promenadą do lodziarni, gdzie kupiłam największy lody, jaki mieli. Justin wybrał najsłodsze, co oznaczało, że wciąż przyswajał ogromne ilości glukozy. Według doktora Holloway'a, któremu złożyliśmy wizytę, po odwiedzeniu Sameery, Justin był już w pełni zdrowy. Wyniki badania krwi miał dobre, więc myślę, że jego poziom cukru nie był tak niepokojąco wysoki. Doktor Holloway powiedział nawet, że może przestać już brać swoje lekarstwa, jeśli nie odczuwa żadnego bólu. Nigdy nie sądziłam, że ktoś może brać leki tak długo, ale widocznie uszkodzenia płuc i brak śledziony były tak poważne, że codziennie brał po kilka tabletek przez pierwszy miesiąc. Nie mógł też pić alkoholu, podczas brania leków, bo inaczej byłby nieprzytomny.
                Spacerowaliśmy z naszymi lodami, aż słońce zaczęło zachodzić. To była przerwa od upały, który panował przez cały dzień, więc w końcu przestałam czuć się tak, jakby moja skóra była w ogniu. Lody też pomogły.
                - Więc, jak było w Stratford? - Pytałam już o to Justina przez telefon, ale nie uzyskałam od niego więcej, niż czterech słów. Mam nadzieję, że teraz powie coś więcej.
                Wzruszył ramionami, jakby nie przejmował się tym w ogóle, ale wiedziałam, że to tylko maska.
                - Było w porządku. Moi dziadkowie byli milsi, niż zazwyczaj - odłożył plastikową łyżeczkę i oblizał usta. - Jazzy spotkała się ze swoimi starymi znajomymi, a mama była szczęśliwa. A przynajmniej takie sprawiała wrażenie.
                Skrzywiłam się smutno. Pattie miała ciężko przez wszystko, co ostatnio ją spotkało, ale teraz przynajmniej miała nadzieję. Justin tak zdecydowanie zmienił się na lepsze, ze nie mogła w to uwierzyć, przez co sprawił, ze jej życie było znacznie łatwiejsze.
                - A co z Hamptons? Mnóstwo koktajli przy basenie? - Ton Justina był lekki, ale nie przegapiłam, że nie wspomniał nic o sobie. Miał nadal znajomych w Stratford? Czy wiązał z tamtym miejscem jakieś miłe wspomnienia? Mam nadzieję, że pewnego dnia będzie chciał o tym porozmawiać.
                - Nie koktajli, ale mnóstwo opalania, pływania i rodzinnych spotkań - odpowiedziałam.
                Moja dalsza rodzina przyjechała tam na kilka tygodni. Większość z nich miało tam, lub wynajmowało domki letniskowe w lecie, z wyjątkiem moich dziadków, którzy mieszkali tam na stałe. Jakkolwiek bardzo tęskniłam za Justinem i Kelsey - choć ta odwiedziła mnie raz z rodzicami i bratem - to potrzebowałam takiego czasu dla rodzeństwa i mamą, a nawet tatą. Spotkałam się ze swoim kuzynostwem i świetnie się bawiłam, ale to wciąż nie było to, co kiedyś. Byłam zachwycona wyjazdami na zakupy z babcią, wieczornymi imprezami na plaży, grą w tenisa i żeglowaniem na przystani. Tego lata byłam zaskoczona zawrotnymi cenami na metkach ciuchów, które babcia postanowiła mi kupić i sposobem, w jaki odnosiła się do obsługi, jakby była od niej gorsza. Czułam się, jakbym żyłą w swojej szczęśliwej bańce przez siedemnaście lat i w końcu wyszła do rzeczywistości.
                Mama poprosiła mnie, bym nie mówiła babci o Justinie dla swojego własnego dobra. Wiedziałam, jak babcia potrafiła osądzać ludzi, więc nawet nie próbowałam. Więc kiedy zapytała, czy mam chłopaka, powiedziałam po prostu: "Babciu, za dwa miesiące jadę do Stanford", a ona niech myśli co chce. Wydawała się uznać to za nie, ale szczerze mówiąc, mało mnie to obchodziło. Będę musiała się z tym zmierzyć, jak będę zapraszać ją na ślub swój i Justina. Za wiele lat.
                - Och i Kevin wczoraj się pojawił. Wydaje się, że moja mama podpowiedziała mu, aby przyjechał i poznał naszą rodzinę. Nawet nie wiem, skąd miała jego numer, ale chciała pokazać Blake'owi, że wiedzą, że jest gejem i akceptują to - uśmiechnęłam się. - Oboje, Kevin i Blake byli zakłopotani, ale łzy wdzięczności i ulgi w oczach mojego brata były tego warte. Dziadkowie jeszcze nie wiedzą, bo szczerze mówiąc, nikt z nas nie wiedział, jak by zareagowali, ale przynajmniej Blake mógł być ze swoimi najbliższymi. Cieszyłam się jego szczęściem.
                - Twoja mama wiedziała? - Justin uniósł brwi, zdziwiony, zatrzymując łyżeczkę z porcją lodów w połowie drogi do ust.
                - Yhm - skinęłam głową. Też byłam zaskoczona.
                - Ta kobieta jest jak... Ona wie wszystko - Justin zamyślił się, kiedy w końcu wsadził porcję lodów w usta.
                Roześmiałam się. To była prawda. Jakimś sposobem, wszystkiego się domyślała, czasem nawet wcześniej od nas.
               
**

                Udaliśmy się na przejażdżkę kolejką, brzuch mnie bolał od śmiechu i czułam, jakbym miała zwrócić lody, które wcześniej zjadłam. Zanim opuściliśmy Lunapark, Justin kupił lukrecję i wróciliśmy na plażę. Najwyraźniej lody nie wystarczyły. Niebo było prawie ciemne, ale wśród wszystkich świateł miasta i neonów z promenady, widać było ocean i pływających w nim ludzi. Woda musiała być zimna, a większość mieszkańców zbierała już swoje ręczniki, by udać się do domu. Justin i ja usiedliśmy w pobliżu brzegu i spoglądaliśmy na ocean w milczeniu. Po chwili, położyłam się na piasku, nie przejmując się, że przyklei mi się do sukienki i włosów. W tym momencie mnie to nie obchodziło.
                - Wiesz - powiedział nagle Justin, wyrywając mnie z zamyśleń. - Mój tata wybrał Drew. W sensie, że jako imię dla mnie. Powiedział, żeby mama wybrała pierwsze, a on wybrał drugie. Teraz myślę, że wiem, dlaczego akurat to imię. Zawsze mówił o tym, że muszę być głową rodziny i zająć się mamą, Jazzy i Jaxonem. Dał mi też kilka rad, jak traktować kobiety, których dopiero po jakimś czasie zacząłem używać.
                Nie widziałam jego twarzy, ponieważ wciąż siedział, ale mogłam sobie wyobrazić, że miał ten słodko-gorzki wyraz twarzy. W końcu odchylił się na łokciach i spojrzał na mnie. Nie wiedziałam co powiedzieć, ale to chyba lepiej.
                - Poszłabyś ze mną jutro na cmentarz? - Zapytał, a jego głos był ochrypły ze wzruszenia. - Chciałbym zanieść kwiaty.
                - Oczywiście, że pójdę - powiedziałam cicho, siadając i strząsając piasek z włosów. Justin pomógł mi, przeczesując kosmyki palcami i spoglądając mi w oczy. Nie musiałam tego usłyszeć, by wiedzieć, ile to dla niego znaczy. Powoli pogodził się ze śmiercią swojego taty i że to nie była jego wina, bo przecież nie mógł nic zrobić. Mimo to, jak każdy człowiek, potrzebował czasem otuchy. - Byłby z ciebie dumny teraz - pogłaskałam go po policzku, posyłając mu lekki uśmiech.
                Justin westchnął, stykając nasze czoła i zamykając oczy. Chciałam go pocałować, kiedy wyszeptał.
                - Będę za tobą tęsknił.
                Wstrzymałam oddech. Nie rozmawialiśmy za bardzo o tym, co będzie po wakacjach, kiedy ja będę musiała wyjechać, a on zostanie i będzie nas dzieliło 2939 mil, przez przynajmniej cztery lata, jak nie więcej.
                - Wciąż możesz pojechać ze mną i zatrudnić się w jednym ze sklepów Hollister. Słyszałam, że w Kalifornii jest ich z pięćdziesiąt i myślę, że doskonale kwalifikujesz się do tej pracy - starałam się brzmieć kpiąco, szturchając łokciem jego brzuch, ale ja też będę za nim tęsknić.
                Justin się roześmiał.
                - Będziesz tu przyjeżdżać, prawda? Albo ja pojadę zobaczyć się z tobą. Nie obchodzi mnie, czy będę musiał przemierzyć całą drogę do Palo Alto autostopem. Chcę tam być na twoje urodziny.
                To sprawiło, że się uśmiechnęłam.
                - Okej.
                Następnie Justin mnie pocałował. Starałam się zapamiętać kształt jego ust, ich miękkość, smak, chciałam zapamiętać wszystko, by móc odtworzyć w pamięci jego pocałunek, kiedy będzie brakowało mi go w pokoju w akademiku. Justin delikatnie położył mnie na piasku, pogłębiając pocałunek. Zastanawiałam się, czy robi to samo co ja, starając się, by ten pocałunek był idealny, więc będzie mógł przypomnieć go sobie, gdy będzie czuł się samotny. Kiedy odsunęłam się, by zaczerpnąć powietrza, Justin wpatrywał się we mnie intensywnie. Światło księżyca odbijało się w jego włosach i oświetlało jego rysy twarzy tak, ze wyglądał, jak grecki posąg. Przesunęłam palcami wzdłuż jego szyi, czując jego przyśpieszony puls.
                - Kocham cię - szepnęłam, trochę zdyszana.
                - A ja kocham ciebie - Justin cmoknął moje usta i usiadł na piasku obok mnie. - Mam pomysł.
                Śledziłam jego ruchy z zaciekawieniem, siadając twarzą do niego. Wyjął z kieszeni paczkę lukrecji, którą kupił wcześniej i oderwał jedną z cieńszych, żując połowę, a resztę związując tak, że wyglądała jak pierścionek.
                - Daj mi rękę.
                Zrobiłam to, co powiedział, uśmiechając się szeroko i przewidując co zamierza zrobić. Wsunął kawałek lukrecji w kształcie pierścionka na mój palec.
                - Zdajesz sobie sprawę. że to nie przetrwa długo, prawda?
                Justin wzruszył ramionami, trochę nieśmiało.
                - Postaraj się zachować go tylko do Stanford, żeby żadni kolesie się do ciebie nie zbliżali - powiedział poważnie. Nie zdawałam sobie sprawy, że obawiał się chłopaków, których mogłam spotkać w college'u. Nieważne, oni nigdy nie mogliby się z nim równać.
                - Postaram się dać im do zrozumienia, że mam chłopaka, który da im nauczkę, gdy za bardzo się będą narzucać - uśmiechnęłam się, a Justin odwzajemnił ten gest.
                - Dobrze. Przynajmniej dopóki nie dam ci prawdziwego.
                - Nie musisz dawać mi żadnych pierścionków.
                - Cóż, jestem całkiem pewien, że śluby nie działają bez pierścionków. A za ja zamierzam ożenić się z tobą w przyszłości - ton Justina był teraz weselszy.
                Przygryzłam wargę. Nigdy bym nie pomyślała, że usłyszę słowa "Justin" i "ślub" w jednym zdaniu i to rozbudziło stado motyli w moim brzuchu.
                - I będziemy mieć dużo dzieci - dodałam.
                - I będziemy mieć dużo dzieci - powtórzył, mrużąc oczy. - Wiesz, skąd się biorą dzieci, prawda? Jeśli chcesz mieć ich dużo, to powinniśmy zacząć od zaraz.
                A po chwili łaskotał mnie i całował, a mnie nie obchodzili inni ludzie. Gdyby nie chodziło o łamanie prawa, nie jestem pewna, czy bym go powstrzymała.

**

                Później, w nocy, Justin odwiózł mnie do domu. Oboje siedzieliśmy w jego samochodzie, patrząc przed siebie, zanim mieliśmy się pożegnać przed powrotem do domów. Rzuciłam okiem na pierścionek z lukrecji. Już udowodnił swój brak wytrzymałości, ale to, co symbolizował, zostanie tam na zawsze.
                - Wszystko będzie z nami w porządku, prawda? - Zapytałam, przerywając przyjemne milczenie.
                Justin wziął mnie za rękę i splótł nasze palce.
                - Tak, wszystko będzie w porządku.
                Nie musiałam na niego patrzeć, aby wiedzieć, że miał rację. Po tym wszystkim, co przeszliśmy, wszystko będzie między nami w porządku. Zasłużyliśmy na własne szczęśliwe zakończenie.
____________________

THE END


____________
(z góry przepraszam za błędy, jeśli się pojawią, poprawię je jutro)

I mamy koniec :) mnie osobiście się podoba, bo pozostawia duże pole dla wyobraźni i na dopisanie własnego scenariusza ;) A co Wy na to? Od razu zaznaczam: NIE BĘDZIE DRUGIEJ CZĘŚCI B.R.O.N.X. W tej kwestii autorka wyraziła się jasno i wyraźnie :)

Okej, nie wiem co napisać. Wciąż mam łzy w oczach, szczerze mówiąc nie spodziewałam się  tego, bo myślałam, że wypłakałam się podczas czytania epilogu w oryginale. Cóż, najwyraźniej B.R.O.N.X wzbudza  we mnie więcej emocji niż myślałam.

Chciałam tutaj podziękować CBieber, która zaczęła tłumaczenie tego niesamowitego opowiadania i której z początku tylko pomagałam w sprawdzaniu poprawności rozdziału. Cóż, od tamtej pory wiele się  wydarzyło, ale gdyby nie ona, nie miałabym tej niewątpliwej przyjemności tłumaczenia B.R.O.N.X. Kaśka, jeśli kiedykolwiek to przeczytasz to wiedz, że jesteś zajebista, nieważne jak nasze relacje się ułożą, dziękuję!

I przede wszystkim chciałam podziękować Wam wszystkim i każdemu z osobna. Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę, jak wiele znaczą dla nas słowa, które pozostawiacie w komentarzach. Jesteście niesamowici i cieszę się, że byliście tu z nami w tak licznym gronie, czego nie spodziewałyśmy się w ogóle! Blog ma ponad DWA miliony wyświetleń i jakieś SIEDEM tysięcy komentarzy! Wow, to jest niesamowite, DZIĘKUJĘ w imieniu swoim i CBieber. Dzięki za wsparcie, za słowa otuchy. Wiem, że czasem wkurzaliście się na nas, kiedy nie dodawałyśmy rozdziałów na czas, ale każdemu zdarzają się wpadki, gorsze dni, etc. Cieszę się, że dotarliśmy do końca, choć wciąż nie mogę uwierzyć, że nie przeczytam już żadnego nowego rozdziału mojego ulubionego opowiadania...

Polecam obejrzeć filmik, tak na zakończenie B.R.O.N.X


Na koniec miałabym do Was małą prośbę. Gdyby KAŻDY, kto czyta ten epilog zostawił komentarz po sobie, chociaż jedno słowo, cokolwiek, byłabym Wam niezmiernie wdzięczna.

Dzięki jeszcze raz! I mam nadzieję do usłyszenia ;)
Kocham Was!
Weronika

PS. Gdyby ktoś chciał mnie złapać, pogadać, cokolwiek to zawsze możecie pisać na @jbffbronxPL albo @sassyxqueen :)